Kobieta,

Umilacze maja. Liptowski Mikułasz, Roztocze, roczek Fela i poznańska Palmiarnia

Maju, maju! Ale sobie byłeś.

Dobry był ten maj, wiesz? Wyjazdowy, podróżniczy, ciepły. Nasze mieszkanie było całe zabałaganione, bo nie było czasu, aby je ogarniać. Byliśmy na Słowacji i na Roztoczu, i w Wielkopolsce też. Byliśmy niewyspani i czasem w biegu, ale… tak dobrze było!

Pierwszego maja obudziłam się w Liptowskim Mikułaszu na Słowacji. Dwa dni wcześniej przyjechaliśmy tam na rodzinny weekend. Liptowski to mała miejscowość, spokojna i cicha. Większość kojarzy ją z Tatralandią, a ja… z dzieciństwem. Lata temu jeździłam tam z rodziną na wakacje. Nasz weekend był małą wycieczką po miejscach, które pamiętałam z tamtych wyjazdów. Byliśmy pod kościołem w Świętym Krzyżu, którego — podobnie jak kiedyś — nie zwiedziliśmy od środka, bo był zamknięty. Spędziliśmy dużo czasu nad Liptowską Marą i słuchaliśmy szumu wody. Pojechaliśmy w Wysokie Tatry i wjechaliśmy na Skalnate Pleso. To był mój pierwszy raz tam. Kawa z widokiem na góry smakuje najlepiej.

Ten wyjazd po raz kolejny pokazał mi, że podróżowanie z małym dzieckiem jest możliwe i… przyjemne. Staje się, oczywiście, coraz bardziej skomplikowane, bo pociecha stawia pierwsze kroki i ma swoje zdanie na wiele tematów (Nie mamo, nie będziemy tu siedzieć. Idziemy T-A-M!). Jednak wystarczy odrobina sprytu i nawet w ciągu dnia rodzice mogą znaleźć czas tylko dla siebie. Korzystaliśmy więc z drzemek Felka, słuchaliśmy muzyki, podziwialiśmy widoki i cieszyliśmy się beztroską. Bardzo tego potrzebowaliśmy i mamy ochotę na kolejny weekend na Słowacji. To tak niedaleko od Krakowa!

Po słowackich przygodach wróciliśmy do Krakowa tylko na jedną noc. Przepakowaliśmy walizki, dopakowałam felkowe pieluszki i rano ruszyliśmy do Zamościa na urodziny mojego Taty. Roztocze jak zawsze było piękne. Zielone, pachnące drzewami. Ze swoimi dziurawymi drogami i małymi, drewnianymi domkami jest dla mnie naprawdę magiczną krainą i marzę o tym, aby tam wrócić. Podobnie jak większość ludzi, którzy opuścili te tereny podczas wyjazdu na studia.

Stali czytelnicy bloga na pewno wiedzą, gdzie także w maju nas wywiało…

Oczywiście do Lanckorony. 🙂 To już comiesięczna tradycja. Ciasto i kawa w Arka Cafe. Tylko tam jest taki klimat — piękne wnętrze, idealna muzyka i zapach tej kawy. Pysznej, mocnej, świeżo mielonej kawy! Jeśli jeszcze tam nie byłaś, to miejsce do nadrobienia! Lanckorona jest piękna!

Korzystaliśmy też z uroków Krakowa. Otworzyliśmy sezon na lemoniadę lub kawę pod parasolkami — najlepiej w Tribece na Placu Szczepańskim. Chodzimy tam regularnie, bo stamtąd mamy najlepszy widok na cały plac. A Plac Szczepański to moje ulubione miejsce w Krakowie. W sierpniu 2014 Tomasz doskonale o tym wiedział i to właśnie tam postanowił mi się oświadczyć. Było już po zmroku, z okien Akademii Muzycznej dobiegały dźwięki pięknej muzyki (jakby na zamówienie!), a ten — no wariat! — klęka z pierścionkiem. Mieliśmy wtedy wracać do domu, bo miałam ochotę na mrożoną pizzę z marketu… Skończyło się na whisky w Tribece właśnie. Ot, historia.

Odwiedziliśmy też krakowski Ogród Doświadczeń i to była największa frajda tamtego miesiąca. Biegaliśmy pomiędzy atrakcjami z Felem pod pachą i testowaliśmy dobroci. Polecam Ci — nawet jeśli fizyka nie jest Twoją najmocniejszą stroną…

Majowe wyjazdy skończyliśmy w Poznaniu. Pojechaliśmy tam z powodu Blog Conference Poznań, w którym miałam przyjemność uczestniczyć. Posłuchałam, porozmawiałam i zapamiętałam sobie kilka dobroci. Między innymi to, aby być regularnym w pisaniu… Tak. 😀

W Poznaniu odwiedziliśmy BOSKĄ palmiarnię i Stare Miasto. Czas na wszystko był zdecydowanie ograniczony, dlatego kiedyś na pewno tam wrócimy…

Najważniejszym wydarzeniem maja był roczek Felka! Z noworodzia wyrósł śliczny i mądry chłopiec, który codziennie nas czymś zaskakuje. Minął nam ten rok szybko – za szybko. I maj skończył pewien etap. Od pierwszego czerwca kawaler chodzi do żłobka…

Roczek świętowaliśmy kilka dni. Raz udało nam się wylegiwać w łóżku, jednego dnia przyjechała do nas najbliższa rodzina i znajomi, a innegi piliśmy urodzinową kawę w restaracji. Wtedy też zrobiliśmy poniższe zdjęcie.

Na koniec zostawiłam kilka kosmetyczno-ubraniowych rzeczy, które mogę polecić z czystym sercem.

Po pierwsze woda różana z Make Me Bio. Kocham różane kosmetyki, a wodę różaną mam zawsze w toaletce. Używam jej jako fixera do makijażu. Psikam po skończonym tapetowaniu i wszystko od razu wygląda naturalniej.

Razem z wodą różaną kupiłam sobie serum z witaminą C ze Starej Mydlarni. Używam go od początku maja i ładnie wygładziło mi blizny po nieprzyjaciołach. Ma jeden, ogromny minus — pozostawia na dłoniach okropny zapach, więc… najlepiej nakładać to w rękawiczkach. ;-) Nie zraziłam się. Wybieram naturalne kosmetyki z całym dobrodziejstwem inwentarza. Moja cera po prostu je lubi (naturalne kosmetyki, nie naturalne rękawiczki ;-).

Ze Słowacji wróciłam z dwiema siatami kosmetyków, bo wiesz… nic nie było potrzebne. :) Zwykle nie robię ogromnych kosmetycznych zapasów (lubię mieć w szafce schowany zapasowy antyperspirant i pastę do zębów — one zawsze kończą się NAGLE). Słowacy jednak mają drogerie DM, a tam — jak wiadomo — cuda na kiju, mydło widło i powidło, tanio jak barszcz. Przywiozłam sobie zapas żeli pod prysznic oraz kilka perełek kosmetycznych (najbrzydszy, blogerski zwrot świata).

W toaletce wylądował malutki, błyszczący cień do powiek. Używam go także jako subtelnego rozświetlacza. Dodatkowo złapałam pędzel, bo i tak miałam kupić pędzel do różu…

W łazience mam nowy, lawendowy płyn do kąpieli. Po powąchaniu wzięłam sobie drugą butelkę na zmianę. Lawenda — obok róży — to mój ulubiony zapach. Ostatni kosmetyk to spray do włosów z solą morską. Moje włosy przeżywają obecnie stan odrastania. Oznacza to, że dobrze wyglądają tylko wysuszone albo… zostawione do wyschnięcia spryskane tym sprayem. Zobaczyłam go i jakoś tak pomyślałam, że może się sprawdzi. No i udało się.

Ostatnie dwie rzeczy to bomberka z Zary (na zdjęciu pierwszym). Złapałam ją na zimowych wyprzedażach i biegałam w niej cały maj. No i buty! Potrzebowałam czegoś sportowego i wygodnego, ale w dziewczęcym wydaniu. Po niepowodzeniu w zakupie różowych sneakerów od Reeboka, wybrałam szare Pumy. Piękne są, no!

I to wszystko. Maj był pełen umilaczy: spotkań, momentów i wyjazdów. Zostawił apetyt na więcej. I ciekawe, czy czerwiec mu dorówna…

A Tobie, co umilało tamten miesiąc?

 

0brak komentarzy