Kobieta,

Plan Dwuletni. O tym, jak postanowiliśmy zmienić nasze życie

Kiedy czytam wszystkie te kołczingowe hasła, śmieję się. Możesz wszystko to największa bzdura, którą się serwuje obecnie młodym ludziom — zaraz obok dream big. Bo problem jest taki, że nie możemy wszystkiego — nie przeskoczymy pewnych barier i fałszująca Michalina nie zostanie piosenkarką, a szczupły Tomasz zawodnikiem sumo.

Nie marzę więc o rzeczach niemalże nierealnych do zdobycia. Myślę, że to strata czasu i oszukiwanie samej siebie. Po prostu wiem, że mam pewne ograniczenia, których nigdy nie przeskoczę. Ale — żeby nie było tak smutno — wiem jeszcze jedno.

Mogę zrobić wiele w zakresie tego, w czym jestem dobra. Zawodowo, rodzinnie, dla realizowania hobby. I nie potrzebuję obudzić się jutro jako Najbardziej Znany Copywriter Świata. Wystarczy mi zadowolenie tego, kto czyta mój tekst (#DreamSmall :D).

1.

Tomasz!!! – wykrzyknęłam szóstego czerwca roku pańskiego 2017 – Wdrażamy w życie Plan Dwuletni! I odtańczyłam Taniec Pingwina, czyli dzikie pląsy bez rytmu.

Pięć lat temu wyjechałam na studia do Krakowa. Właśnie teraz, zamiast pisać wpis na bloga, powinnam stawiać ostatnią kropkę w pracy magisterskiej. Tylko że moje — a właściwie nasze — życie potoczyło się inaczej. Dziś jestem wdzięczna, że jestem tu, gdzie jestem. Ale

Za miesiąc kończę dwadzieścia cztery lata. Mam roczne dziecko, dziewięcioletni staż związku, z czego prawie dwa lata jako żona. Mam też mieszkanie obciążone hipoteką, czarne auto i wymarzoną toaletkę. Pracuję z domu, w domu też wykonuję potrzebne prace. Reszta mojej rodziny jest 300 kilometrów ode mnie. Umiem robić zdjęcia, umiem pisać i nie umiem pracować w grupie. Nie lubię się nudzić, potrzebuję coś robić — ciągle robić.

I właśnie dlatego powstał Plan Dwuletni. Między innymi dlatego.

2.

Plan Dwuletni to nic innego jak — może nieco naiwne, ale zawsze! – plany na najbliższe dwa lata z życia naszej rodziny. Obejmują one każdy aspekt naszego życia. Ten dotyczący rozwoju naszej rodziny i ten, który obejmuje nasze zawodowe plany. On potrafi programować, ja robić zdjęcia.

Te zdjęcia to zaczęły się dawno temu. Był rok 2010 i mój tato zauważył, że biegam z tym małym, cyfrowym aparatem. I potem pojawiła się lustrzanka, potem zabawy z Zenitem, zajęcia w zamojskim Negatywie. A potem wyjechałam na studia i zdjęcia poszły w odstawkę. W zeszłym roku, zaraz po narodzinach Felka, narodziło się też na nowo moje ślubno-zdjęciowe marzenie jako Thing Called Love. Szkoda tylko, że zabrakło mi werwy i czasu, bo może dziś byłabym w jakimś sensownym miejscu.

To dla mnie ogromna lekcja tego, jak nie zabierać się za realizację swoich marzeń.

3.

Nasz plan ma — jak nazwa wskazuje — trwać dwa lata. To dobry czas na to, by równolegle zajmować się tematem własnej firmy i jeszcze bardziej własnej rodziny. To czas dla mnie, abym w końcu skończyła studia i miała z nich prawdziwą, dwuletnią frajdę. To też czas na jeszcze jedno, najważniejsze.

4.

Tuż przed ślubem chcieliśmy się wyprowadzić nad morze. Można powiedzieć, połowa nas już tam była. Coś nas wtedy powstrzymało. I dobrze! Zaraz po ślubie zaszłam w ciążę i widmo mieszkania gdzieś za pieniądze jakieś i to w mieście, które znamy jako tako… To nie był najlepszy pomysł. Zostaliśmy w Krakowie, choć już wtedy wiedzieliśmy, że nie chcemy spędzić tu całego życia.

Dwa lata zaraz minie od ślubu, a my od tego czasu chodzimy i pod nosem mamroczemy. A może tak… Góry? Lanckorona? Morze? O nie, moi drodzy.

Roztocze.

Pamiętam, jak moja mama opowiadała o jej koleżankach. Wiele z nich powyjeżdżało z rodzinnego Zamościa. Mając czterdzieści, czterdzieści kilka lat, nie mają tam do czego wracać. I tęsknią.

Nas dopadło to wcześniej. Tęsknimy za Roztoczem i jednocześnie marzymy o domu na wsi. O takim drewnianym domu, blisko lasu pełnego jagód, z zapachem cebularza z pobliskiej piekarni… Mimo mojej miłości do Lanckorony, do klimatu polskich Tatr, to właśnie tam ciągnie nas najbardziej. Do tej krainy pełnej kolorowych domków, dziurawych dróg i wschodniego akcentu — wszyscy mieszkańcy Lubelszczyzny zaciągają.

Nie wyniesiemy się z Krakowa jutro. Pewnie nawet i nie za rok, a nawet nie za dwa. Ale za dwa lata o tej porze chciałabym mieć poczucie, że mam tam do czego wracać. Zarabiamy, możemy się utrzymać, żyjąc na roztoczańskiej wsi.

5.

Wstajemy rano, pijemy kawę na tarasie. Jedno z nas odwozi dzieci do szkoły, a potem siadamy do pracy. W naszym domu jest głośno, a wieczorem nagle robi się niewyobrażalnie cicho — w trawie grają świerszcze. Zimą  śnieg zasypuje nas po pas i siedzimy wtedy w ciepłym domu. Gramy w karty i szachy.

Mamy niedaleko do naszych rodziców, do naszego rodzinnego Zamościa. Jeździmy tam czasem na pizzę na Rynku pod parasolkami.

Do Krakowa też czasem przyjeżdzamy — poczuć te emocje, które towarzyszyły nam na początku studiów. Bo to nie jest nasze miejsce na stałe.

6.

Plan Dwuletni jest odważny. Planowanie jest w ogóle odważne, bo po drodze wyrośnie sporo przeszkód i nie będzie łatwo. My chyba nie umiemy inaczej.

Na początku roku napisałam W tym roku mogę! i moc wpisanych postanowień jest niesamowita. Dlatego jest tu ten wpis. Spisane słowo ma wielką siłę, a ja wierzę, że wszystko się uda. Wszystko to, co założyliśmy, jest w oparciu o nasze możliwości, które dobrze znamy. Bo nie ma nic gorszego niż pogoń za nierealnym. To budzi frustracje i złość.

A my postanowiliśmy, że za dwa lata będziemy żyć trochę inaczej. A potem przyjdzie czas na Roztocze.

Całość Planu Dwuletniego spisałam w moim notesie. Wiele z założeń jest dość osobistych, lecz — kiedy się uda — na pewno dam Wam znać. Na Instagramie pojawił się też hasztag #PlanDwuletni — pod nim znajdą się treści, które do niego nawiązują.

Trzymajcie kciuki.

01 comment