Kobieta,

Umilacze kwietnia. Spokój, Roztocze, dziecięce sprawy i pewna rozmowa…

Umilaczy marca nie było. Wszystko dlatego, że jedynym marcowym umilaczem dla mnie był koniec dnia — mogłam wtedy bez wyrzutów sumienia położyć się do łóżka i zasnąć.

Już w styczniowych umilaczach wspominałam o pewnych przeszkodach — a one ciągnęły się bardzo długo, były prawdziwą drogą przez mękę. Dopiero kwiecień pozwolił się wyciszyć i nabrać do wszystkiego dużego dystansu. Prawda o życiowych przeszkodach jest taka, że życie lubi nam pod nogi rzucać nie jedną kłodę, ale miliony denerwujących, małych gałązek. Kiedy więc przy wszystkich drobnostkach dodatkowo w moich relacjach z innymi nie było tak, jak chciałam, firma kurierska zgubiła dwie z czterech naszych nowych felg do auta [i ich nie odnalazła po dziś dzień], a rano wstawałam zgięta wpół od bólu kręgosłupa — usiadłam i po raz pierwszy załamałam moja krótkie rączki.
Nie chcę, droga Czytelniczko, abyś myślała, że się użalam — staram się przekazać coś zupełnie odwrotnego. Bo w pewnym momencie nastąpił zwrot akcji. Małżon wziął tydzień zwolnienia lekarskiego (to tzw. „opieka” – wiele osób nie wie o tym, że można wziąć zwolnienie, aby zająć się chorą osobą), kiedy ból był coraz gorszy i rano z gracją stuletniej babci spełzałam z łóżka. Odpoczywałam i dawałam plecom spokój, bo T. mógł nosić bobasa. Przez ten czas jeszcze więcej rozmawialiśmy i stopniowo nabierałam do wszystkiego dużego dystansu. Podobnie zadziałał wyjazd na święta. Wszystkie te momenty przypomniały mi o jednym. I to jedno to największy umilacz i pokrzepiająca myśl, która mi została po tym czasie.

Zamość rodzinny z wyjazdu świętecznego

Wszystko dzieje się po coś. Widocznie musiałam mieć dość trudny czas, aby potem na nowo docenić wszystko, co mam i — przede wszystkim — pokochać na nowo święty spokój. To tłumaczenie jest nieco naiwne, ale naprawdę pomogło mi w podsumowaniu gorszego czasu. Bo bardzo często Ty też na pewno spotykasz się z czymś niespodziewanym, z problemem, który wydaje się być nie do przeskoczenia. A może to wszystko dzieje się po coś.

W życiu dobrze być czasem trochę naiwnym.


Kwiecień był więc miesiącem układania sobie wszystkiego, żegnania kryzysów i ładowania baterii na nowo. Wszystko zaczęło się w pierwszą, słoneczną sobotę, kiedy byliśmy w Puszczy Niepołomickiej. Piękny las, dobre towarzystwo i bułki jedzone w plenerze. Cisza przetykana śmiechem dzieci i poczucie, że to był dobry dzień.
Puszcza Niepołomicka to jedno z fantastycznych miejsc na jednodniowy wypad za Kraków — jeśli macie ochotę, przygotuję wpis o miejscach, do których warto się udać, mając pod pachą ukochanego brzdąca. Podróże z maluchami są super!


Kupione jeszcze w marcu, a maksymalnie eksploatowane w kwietniu, nosidło ergonomiczne to jedna z najlepszych inwestycji w moje macierzyństwo. ;-) Nasze niewózkowe dziecko pokochało jazdę w nosidle, w którym czuje się niemalże tak samo, jak na rękach. W końcu mogę wyjść z Fe do sklepu czy na spacer. W podróży gościu spokojnie w nim śpi, a kiedy tata Tomasz jest na zajęciach na uczelni, my spacerujemy i podziwiamy Kraków.
Kupiliśmy tęczowe Lenny Lamb, bo… takie było na stanie. Po przymiarkach pani Wanda z krakowskiego Rodzinka dopasowała nam rozmiar toddler. Nosidło to super rozwiązanie dla tych, którzy nie mają cierpliwości do tkanej chusty, a mają dzieci niecierpiące wózków.

Kamieniołom w Józefowie z widokiem na Puszczę Solską.

W kwietniu łapaliśmy także oddech na Roztoczu. Nasze kochane Roztocze — pełne drzew, szumu strumyków i połatanych dróg. ;) Niedoceniane, ale najpiękniejsze na świecie! Odwiedziliśmy kilka miejsc, zrobiliśmy zdjęcia na bloga (mam dwie sesje w zanadrzu) i zatęskniliśmy za rodzinnymi terenami jeszcze bardziej.
Polecam Wam roztoczańskie tereny, jeśli szukacie czegoś innego — przejrzystych lasów, słabego zasięgu w niektórych wsiach i tamtejszej kuchni. Nie ma nic lepszego od pieroga z kaszy gryczanej albo cebularza!

Zagroda Guciów, czyli „tak żyli ludzie” 😀

Dziecięco zakochałam się w dwóch rzeczach. Po pierwsze, Fe w końcu biega w bluzie, którą mu zrobiłam. Do granatowej bomberki dodałam imię. Literki znalazłam w Lidlu i przyprasowałam je bardzo gorącym żelazkiem. Wygląda super.


Jestem też na etapie urządzania felkowego pokoiku. Na fanpage pokazywałam już to, co zrobiłam — kącik z książkami i pluszakami. Wygląda jak z połowy dzieciowych instagramów, ale cóż poradzić… :) Girlandę z imieniem mamy od Creative Home, książki kupuję w taniej krakowskiej księgarni, a szary miś to ręczna robota z Kolorowych Nastrojów.


I na koniec zostawiłam sobie dwie najprzyjemniejsze rzeczy, które zrobiły dooooooooobrze mojemu duchowi.

Zdjęcia! Bajkowe śluby w marcu robili nam zdjęcia, a w kwietniu dostaliśmy całość. Cieszy mnie każda ilość pięknych zdjęć, szczególnie całej naszej rodziny. Część z nich pokażę Wam niedługo na blogu…
A jeśli szukacie fotografa na ślub — polecam Karolinę i Michała! Jeśli jednak spóźniliście się — ja też trochę focę i zapraszam do kontaktu w sprawie zdjęć w 2017 roku. Bo Karolina i Michał chyba i tak w sezonie nie mają wtedy już terminów (#uczciwakonkurencja). :D


No i rozmowa, do posłuchania poniżej. Choć jeśli śledzisz mnie na blogowym fanpage, na pewno już słuchałaś. Miałam przeogromną przyjemność rozmawiać z Joanną Mielewczyk o młodym macierzyństwie, kobietach mojego życia i o mnie samej. Ta rozmowa dała mi kopa do działania i poukładała mi w głowie wiele spraw. Dała mi też ochotę na więcej, bo ja… lubię mówić. Gdzieś po cichu myślę a może YouTube, ale chyba jest jeszcze za wcześnie. Na razie możecie na Instagramie posłuchać czasem, co pierożę na InstaStories.

Tymczasem to już wszystko. Jak zawsze, czekam na Twoje umilacze. Jaki był Twój kwiecień?

0brak komentarzy