Żona,

Nowy porządek związku. Jak wygląda małżeństwo po urodzeniu dziecka?

Kiedy podczas świąt wielkanocnych udało nam się z Szanownym Małżonkiem urwać na godzinny spacer, dostaliśmy czegoś, co można określić jako przypływ hormonów rodem z liceum. Poszliśmy tam, gdzie nas nogi poniosły i dawaliśmy sobie buziaki co pięć kroków. A wszystko dlatego, że po jedenastu miesiącach rodzicielstwa w końcu wyszliśmy sami. Ukoronowaniem spaceru była kawa w papierowym kubku z widokiem na renesansowy, zamojski ratusz.

Nieopodal ratusza jest coś, co lokalsi zwykli nazwać kwadratem. To całkiem spory, kwadratowy kwietnik, otoczony ławkami. Na kwadracie spędziliśmy wiele godzin, jeszcze jako para nastolatków i to miejsce zawsze kojarzy nam się ze spacerem na stare miasto i coca-colą w puszce. Podobnie do nas, siedziało tam wielu naszych znajomych, romantycznie trzymając się za rączki. Dziś wielu z nich, tak samo, jak my, postanowiło się zaobrączkować i zdecydować się na małe, biegające, krzyczące i gugające coś.

I od tego momentu nic nie jest już takie samo.

Ślub, a potem dziecko, było prawdziwą rewolucją w naszym związku — głównie dlatego, że postanowiliśmy sobie zafundować moc wrażeń przez kilkanaście miesięcy. Takim sposobem, licząc od dnia ślubu, przez dziesięć miesięcy, zdążyliśmy się pobrać, wyremontować mieszkanie, zajść w ciążę (to ja, to ja!), Tomasz obronił tytuł inżyniera na drugim ze studiowanych kierunków i dostał awans w pracy, a na samym końcu pewnej nocy przyszła na świat ona. I on, Feliks, oczywiście.

Zmiana. Zmiana całego naszego życia, to oczywiste. I zmiana naszego związku, bo miłość przy dziecku jest inna, naprawdę zupełnie inna — wymagająca jeszcze większej ilości pracy i zaangażowania. Trzeba nauczyć się związku na nowo — w jego innej wersji. Z dodatkiem dziecko.

Nauka na nowo

Przyjechaliśmy do domu po półtora tygodnia od urodzenia dziecka. Tomasz w nocy po porodzie, cały w emocjach, wysprzątał mieszkanie tak, że aż lśniło. Postawiliśmy fotelik samochodowy na podłodze i patrzyliśmy na śpiące dziecko, jednocześnie zastanawiając się, co teraz? Co teraz zrobić, kiedy już nie jesteśmy tylko we dwoje i nasz stary porządek dnia i nocy możemy oddać na wieczne zapomnienie.
Padło pytanie, jak my — ja i on, żona i mąż — mamy funkcjonować tak, by być mimo wszystko razem. Nigdy nie wiedzieliśmy (i do dziś nie wiemy), kiedy dziecko się obudzi? A jeśli się nie obudzi, to czy spędzić ten czas sprzątając łazienkę, czy może leżąc na łóżku jak para nastolatków i rozmawiając o planach na przyszłość?

Ale to nie wszystko. Bo matka jest dla tego maluszka wszystkim. Ono, oczywiście, tak spokojnie śpi u taty na rękach, ale to ta jedna, jedyna mamusia ma uspokajającą pierś, siedzi z nim w domu i łagodnym głosem śpiewa kołysanki. A on? A on może się poczuć trochę odstawiony, trochę z boku, może niepotrzebny. Często mężczyzn już na samym początku tacierzyństwo przerasta (lub zwyczajnie im się nie chce). Uciekają w wir pracy i to nie tylko od dziecka — uciekają od niej. Czekającej i potrzebującej choćby pięciosekundowego przytulenia i buziaka w czoło. I mówiących jedno, ważne zdanie.

Idź się połóż, ja to zrobię.

Scenariusz domowego życia, kiedy po ośmiu godzinach on wraca z pracy i oczekuje dwudaniowego obiadu i szklanki piwa, a potem kładzie się przed telewizorem, by oglądać telezakupy mango, wydaje mi się co najmniej smutna. Zakładając, że on pracuje fizycznie, wraca do domu i jest zmęczony, być może tak samo… jak ona.

O ile życie z noworodkiem przebiega zwykle dość schematycznie i obejmuje trzy obszary życia, zwane jedzeniem, spaniem oraz kupą, im dalej w las, tym obowiązków jest więcej. Kiedy dziecko zacznie domagać się nieustannego noszenia i pokazywania mu świata lub z rozkoszą będzie raczkować do regału z książkami i zrzucać z niego klasyki literatury światowej, a następnie wyrywać kartki, mamy wtedy przepis na styraną przez dziecko, zmęczoną i z obolałym kręgosłupem Matkę Polkę. I po kilku takich godzinach taka kobieta jedyne, o czym marzy to samogotujący się obiad oraz piętnaście minut leżenia na kanapy. Z kubkiem kawy w pakiecie.

Wiesz, o co mi chodzi? Związek przy dziecku to dzielenie się obowiązkami tak, aby tych dwoje czuło swoje wsparcie, bo czując je, chce nam się ze sobą być. To takie proste. Tym bardziej, że za chwile przyjdą one.

Kryzysy

Te mityczne kryzysy. Te opowieści o rozpadających się związkach, które przerasta nowy członek rodziny. O mężczyznach śpiących na kanapie, bo on musi się wyspać do pracy. O kobietach, które nie pozwalają nikomu innemu dotknąć dziecka. Nie mam pojęcia ile w nich prawdy, ale myślę, że są nieco podkolorowywane, nawet jeśli tkwi w nich prawda.

Realne jednak są te jednodniowe kryzysy. Kiedy on jest w pracy, dziecko płacze od dwóch godzin, a ty jesteś bezradna. Zrobiłaś już wszystko, co mogłaś i jedyne, co pomaga to noszenie brzdąca. I wtedy on dzwoni — bo to jedyne, co może zrobić — i mówi ci pokrzepiające słowa. Czy jest lepiej? Choć troszkę tak…
Będzie też Kryzys Pierwszej Kolki, kiedy rodzice biegają po domu i testują wszystkie sposoby na ulżenie dziecku. Kryzys Pierwszego Zęba. Kryzys Pierwszej Kupy Na Plecach O Trzeciej Nad Ranem — związany z poszukiwaniem ochotnika do przewinięcia dziecka.

Będą też załamania jej, mającej czasem dość, zmęczonej, sfrustrowanej, złej na samą siebie, że nie jest tak idealna, jak powinna. Jej, która czuje, że całe społeczeństwo, ją ocenia i od niej wymaga. I jego, czującego, że musi sprostać nowej, poważnej roli bycia ojcem. I to właśnie one, te kryzysy jej i jego, są dla związku testem i umocnieniem jednocześnie. Ona wtedy czeka, aż on z nią porozmawia i przytuli, aż powie swojej mamusi, aby się nie wtrącała i powie, że zawsze może na niego liczyć. Weźmie dzień albo i tydzień urlopu, aby mogła pospać do dziesiątej i złapać oddech. A ona, kiedy on będzie tego potrzebował, bez oceniania porozmawia z nim. Bo ta rozmowa w związku jest magiczna i uleczająca — zawsze, nie tylko wtedy, kiedy jest dziecko. Szczera rozmowa zacieśnia więzi i rozwija relację, pomaga wyjaśnić zaszłości i jest najlepszym wypełnieniem jednej, ważnej rzeczy…

Czas razem

Razem z moim mężem celebrujemy chwile, kiedy możemy pobyć sami. Nie zrozum mnie źle. Uwielbiam biegać po placu zabaw z synkiem i jego tatą. Kocham nasze wspólne poranki, kiedy to w połowie przypadków Felek usiłuje mi zajrzeć do kubka z kawą i muszę uważać, by jej nie rozlać. I nie ma nic lepszego, kiedy tylko zgrzyta klucz w drzwiach, a mój syn wykrzykuje tata, tata! i raczkuje lub niepewnym krokiem idzie w stronę drzwi do swojego tatusia.

Ale czas, kiedy mogę pobyć sam na sam z moim mężem, jest dla mnie bardzo cenny. Ostatnio bywa z tym różnie. Tomasz kończy studia, przez co dwa lub trzy razy w tygodniu jeździ po południu na uczelnię. Wiesz, co robimy? Jeździmy z nim. Czas, który spędzamy na dojazdach autem, jest dla nas dłuższą chwilą na rozmowę. Gdyby nie to, nie widywalibyśmy się cały dzień… Wtedy Fe akurat śpi, a my specjalnie wyjeżdżamy pół godziny wcześniej, aby mieć dodatkowe chwile tylko dla siebie.

Czas razem to też te ulotne momenty w ciągu dnia. Buziak po powrocie do domu. Sama wiesz.

Chce nam się

Bo gdy się przestaje chcieć, przestaje się razem być. A najgorsze, co można zafundować dziecku, to dwoje rodziców żyjących obok siebie.
Mam w głowie taki obrazek, który wisi u moich rodziców w sypialni. To zdjęcie z Gubałówki, zrobione kilka lat temu, kiedy jeszcze chodziłam do liceum. Są na nim moi rodzice, ledwo widoczni zza kurtek, czapek i szalików. Ale stoją sobie tak razem i obok siebie, jacyś tacy szczęśliwi, jakby dopiero co wyszli ze szkoły i jakby coś rozbawiło ich do łez. Taki obrazek mnie i taty Feliksa chcę, aby nasze dziecko miało w głowie.

Kiedy mam dni absolutnego lenia — w dowolnej dziedzinie, na przykład nie mam ochoty pisać nowego wpisu na bloga (:D) – powtarzam sobie, że to jest w dorosłości fajne. Nic nie muszę, ale chcę i wszystko, co robię jest efektem moich chęci, a nie przymusu. Chce mi się więc codziennie dbać o małżeństwo, nawet wtedy, kiedy on doprowadzi mnie do złości tak ogromnej, że idę na pięć minut na foszka. A potem wracam z oczyma kotka ze Shreka i rozmawiamy.

***

Kiedy byliśmy na tym spacerze i mijaliśmy kwadrat, jakoś nie przyszło nam do głowy, aby tam siadać. Ławki są bez oparcia, są niskie, jest tam zwykle w ładną pogodę dość dużo ludzi. Wiesz, o co mi chodzi? Wyrośliśmy z kwadratu – z tego nastoletniego, pełnego młodzieńczych hormonów kwadratu. Przeszliśmy na inny poziom — wygodnej, przytulnej ławki z oparciem. Takiej, na której mieści się cała nasza rodzina. Dorośliśmy i nauczyliśmy się — albo raczej, wciąż się uczymy — nowej wersji bycia razem. Z dzieckiem pod pachą.

Za zdjęcia jak ZAWSZE! dziękuję Bajkowym Ślubom! Love.
016 comments
  • Aha

    i kiedy wracam z zakupów „wyprawkowych” dla maluszka, a on jedzie dalej budować nasz dom… pojawia się Twój tekst – jak to będzie kiedy ten mały człowiek pojawi się na świecie.
    Pięknie napisane. Prawdziwie, pokrzepiająco. Kolejny wpis, który podrzucę mojemu mężowi. Uświadomił mi też, że robimy jedną z najpiękniejszych rzeczy w związku – rozmawiamy ze sobą; o wszystkim, szczerze.

    • Dziękuję. <3 Zawsze mi zostawisz jakiś motywujący komentarz. 🙂

  • Nie uznaję wizji matki siedzącej w domu, a ojca pracującego. Widzę tylko opcję, gdy oboje pracują, dziecko w żłobku/przedszkolu, a po pracy oboje opiekują się latoroślą. To fakt, że życia trzeba nauczyć się jakby na nowo, ale gdy miłość jest prawdziwa, tylko się powinna umocnić, nie zelżeć 🙂

    • Ja uznaję, choć nie chciałabym tak żyć. W sumie… tak zyję, jako etap przejściowy – macierzyński urlop. 😀 Którego mam już dość i czekam do 1 czerwca, czyli na żłobek. 🙂 Wiem jednak, że niektóre kobiety dobrze się odnajdują w roli gospodyni domowej, ale myslę, że wtedy inaczej wygląda podział ról, kiedy kobieta celowo rezygnuje z pracy zawodowej na rzecz prowadzenia domu. 🙂

  • Piękny, prawdziwy tekst i piękne, prawdziwe zdjęcia od Bajkowych Ślubów. Uwielbiam Twoje teksty o relacjach. <3

    • Dziękuję, chyba będę ich pisała więcej!

  • Niesamowity tekst. Siedzę i mam świeczki w oczach. Nie zawsze jest kolorowo. Częściej nie jest niż jest. Ale kiedy oboje ludzi się stara, to zawsze jest lżej <3 Cudowne zdjęcia!! Nie mogę się napatrzeć!

  • Elwina | Cukropuch.pl

    Znam jednego „mężczyznę”, który swojemu dwulatkowi ani razu nie zmienił pieluchy. Bywają i tacy. Swojego uwielbiam za to, że sam wstawał do płaczącego, wtedy już jakoś trzymiesięcznego bobasa, przenosił go na łóżko i pomagał mu się przystawić do mojej piersi tak, żebym się nie obudziła. To był nasz nowy porządek 😀

    • Ha, znam to! Karmienie na śpiocha. Chyba dzięki temu moje macierzyństwo jest całkiem wyspane.

  • Wspaniałe zdjęcia, nie mogę się napatrzeć! Wiesz, że gdy z pierwszym dzieckiem wróciliśmy ze szpitala do domu po porodzie i wieczorem ułożyłam syna do łóżeczka, pomyślałam: Jak to będzie? Przez najbliższe kilka lat nie wyjdę wieczorem z domu? Nie pójdziemy do kina?….. Minęło 6.5 roku od tamtej chwili. Kilka razy wyszliśmy wieczorem, ale najbardziej lubię wieczory z dziećmi w domu;-)

    • Te pierwsze momenty po powrocie do domu są niesamowite – naprawdę nie do końca wiadomo co dalej z tym robić!

  • „Sama wiesz”… Nasze maleństwo ma 5,5 miesiąca, wiele z tych problemów, o których piszesz, dotyka mnie osobiście. Niby wcale się nie zmieniliśmy z mężem, dalej tak samo zakochani, rozmawiamy, okazujemy sobie czułość. Ale tego, TEGO czasu dla siebie bardzo nam brakuje. No i są te momenty, kiedy on zmęczony po pracy zasypia, a ja też jestem zmęczona, ale nie mogę położyć się obok, bo przecież maluchem trzeba się zająć. Proza życia 😉

    • Czasem jedne, co robi się wspólnie to właśnie położenie się do łożka… 😉

  • Poruszający wpis. Mój mąż jest też bardzo zaangażowanym tata i doceniam to. Rzadko niestety mamy gdzieś okazję wyjść bo przeprowadziliśmy się niedawno do Polski do Pragi, gdzie nie mamy żadnych dziadków. Dlatego instytucja dziadków jest super! Ale mamy z mężem wieczory dla siebie kiedy syn uśnie:-)

    • Wow, Praga jest piękna! Może nawet zamieniłabym na nią Kraków, tam też nie byłoby dziadków Felka. 😀