Kobieta, Mama, Żona,

„Jestem mamą dwójki.” Opowieść czytelniczki o poronieniu, rozpaczy i miłości

Jakiś czas temu napisała do mnie Martyna. Trafiła na nóżki przypadkiem, wymieniłyśmy kilka wiadomości. Takich ciepłych, dobrych — o codzienności i małżeństwie.
Martyna opisała mi swoją historię. Po jej przeczytaniu stałam spłakana i pełna podziwu. Wzruszona, ale i poruszona tym, jaką moc ma w sobie małżeństwo, wsparcie drugiej osoby. I w końcu to historia o miłości — jednej z trudniejszych, do nienarodzonego.

Zostawiam Was z tą opowieścią i nadzieją, że o poronieniu — o tym, co kobieta przeżywa, co przeżywa jej partner, jej rodzina — zacznie się mówić więcej. I głośniej.

I jeszcze jedno. Martyno, dziękuję.

Nie planowaliśmy

Martyna kończy studia. To wymagający kierunek, więc i stres pojawia się przy okazji każdej sesji, a dodatkowo jeszcze idzie pisanie pracy i do tego recital dyplomowy. Dziecko zaplanowali na inny czas — na ten spokojny, kiedy ona skończy studia, kiedy finansowo będzie stabilniej.
Ale pewnego dnia test pokazał dwie kreski.

Płakaliśmy. Ze szczęścia i strachu. Teraz już wiem, że to był głupi strach, ale wtedy, w tej jednej chwili, kiedy dowiedzieliśmy się, że zostaniemy rodzicami, działo się w nas wszystko.

I choć nieplanowane, Martyna i jej mąż od razu pokochali ten mały cud, o którym wiedzieli tylko oni. Nadali mu pseudonim, rozmawiali z jeszcze płaskim brzuchem i kiedy patrzyli na rodziców, śmiali się pod nosem. My wiemy, a wy jeszcze nie.
Kilka dni później powiedzieli rodzicom. I pojawiła się radość i spokój, obawy odeszły. Od tego czasu wiedzieliśmy już na pewno, że damy sobie radę, że wszystko będzie dobrze — napisała mi Martyna.
Lekarz potwierdził ciążę w piątym tygodniu. Czteromililitrowy pęcherzyk — to maleństwo, cud — jest! A za dwa tygodnie mieli zobaczyć bijące serduszko…

Po raz pierwszy

Matki mają ogromną intuicję już od początku ciąży. Tak było i tym razem. Trzy dni później, będąc w pracy, odebrałam przez Internet wyniki kolejnego poziomu Beta HCG — niestety przyrost był bardzo maleńki. Nie wiedziałam, co mam ze sobą zrobić, intuicja mi mówiła, że coś jest bardzo nie tak. Na domiar złego parę godzin wcześniej siedziałam na szkoleniu i nagle przyszła mi do głowy dziwna myśli: Czuję się tak, jakbym już nie była w ciąży.”
Jedyną dorosłą osobą, z którą mogła porozmawiać, był pan konserwator. To on doradził Martynie, aby jak najszybciej pojechała do szpitala. Kiedy razem z tatą jechała autem, poinformowała męża i teściów. Czekali na nią w szpitalu.

Pani doktor zbadała i orzekła, że pęcherzyk nie urósł. Postawiła diagnozę: to ciążą obumarła. I wydała zalecenie leżenia i czekania na nieuniknione.
Poczułam się tak, jakby ktoś dał mi w twarz. Wtedy pomyślałam tylko jak ona mogła mi tak powiedzieć? Dzisiaj wiem, że jakkolwiek miło by tego nie zrobiła, zabolałoby tak samo.
Kiedy wszyłam pierwsze, co zobaczyłam, to twarz mojego męża, twarz pełna pytań i zmartwienia. Rzuciłam mu się w ramiona, rozpłakałam się. Nie byłam w stanie powiedzieć nic.

I nic się nie liczyło. Chcieli tylko, aby maleństwo żyło. Daliby sobie radę i ze studiami, i z pracą, a już na pewno pieniędzmi. To wszystko było nieważne, bo najważniejsze stało się to maleństwo. Dla jednych pęcherzyk, dla nich już wtedy dziecko. To najważniejsze.

Bolało nie tylko ciało — ból fizyczny, jak ten podczas miesiączki, można było znieść. Obok niego był ból serca — mocny i rozdzierający. I te pytania. Dlaczego my?

Do tego wszystkiego dochodzi po prostu cała brutalna fizjologia. Świadomość matki, która właśnie spuszcza swoje dziecko w toalecie, balansuje na krawędzi szaleństwa. Mając w głowie i w sercu całe poszanowanie dla godności człowieka, na każdym etapie życia, coś takiego jest po prostu nie do uwierzenia… ale inaczej się niestety nie da.

W ten dzień jedyne ukojenie Martyna znalazła w kościele. W konfesjonale wyznała księdzu, że się boi, że to jej wina. Tak łatwo osądza się kobiety o to, że to przez nie doszło do poronienia…

Po raz drugi

Płakali. Płakała Martyna. Jej mąż. Ich rodzina. Modlili się i rozmawiali, ona błagała o to, aby wszystko skończyło się jak najszybciej. Siedzieli we dwoje i nie było naokoło nich nic więcej. Świat stanął w miejscu, a oni jeszcze bardziej zbliżyli się do siebie. Dowiedzieli się o sobie jeszcze więcej i byli ze sobą mimo wszystko.

Wiemy, że nic nie dzieje się przez przypadek i jeżeli mielibyśmy wyciągnąć przesłanie płynące z utraty naszego pierwszego dziecka, to brzmi ono — kochajcie się pomimo wszystkich przeciwności. Bądźcie dla siebie najważniejsi.

Dwa tygodnie później lekarz orzekł, że jest duża szansa utrzymania kolejnej ciąży. Poronienia zdarzają się często. Zaczęli więc starać się o drugiego malucha i… udało się. Miało być dobrze.

Nie było. Sytuacja powtórzyła się, praktycznie w ten sam sposób. I choć zarzekałam się, że nie zrobię badania bHCg w tej ciąży — jednak wykonałam. Razem z badaniem progesteronu, który wskazywał na nadchodzące poronienie.

Rodzicom powiedzieli, gdy okazało się, że wyniki są złe. Zrozpaczoną i pełną obaw zabrali do szpitala. Tam po długim oczekiwaniu w końcu została przyjęta. Zaspany, ciemnoskóry lekarz zapytał tylko: Była juź badana w tej ciąźi, ći nie? A na jej przeczącą odpowiedz, że nie, że ma za tydzień wizytę, usłyszała empatyczne To ściągać majtki i kłaść się!

Lekarz zapisał lek, który pomógł pozornie i wyhamował nieuniknione. Po jego odstawieniu zaczęło się krwawienie i kolejna, tym razem cicha rozpacz.

Odtrącenie i pogodzenie

Już tak nie płakałam. Zrezygnowałam. Mąż się pytał, co się ze mną dzieje… Dlaczego nie chcę być z nim… Dlaczego nie dam sobie pomóc? Odtrąciłam go, to prawda. Chciałam jego obecności, ale coś we mnie nie pozwalało mi jej przyjąć. Chciałam zostać sama z tym wszystkim i po prostu się pogrążyć w swoim cierpieniu.

Dopiero po kilku dniach Martyna się wyciszyła. Zrozumiała, że to nic nie da, że trzeba żyć dalej, żeby nie tracić nadziei. Odtrącenie równie zrozpaczonego męża to droga donikąd.

Kilka dni temu minęły cztery miesiące od drugiej straty. To nie było łatwe — napisała na początku maila — sama słyszałam różne historie tego typu, ale żadne z nich nie oddadzą tego, co się wtedy dzieje… i co się dzieje potem.

Dzisiaj

Przez te doświadczenia Martyna jest bogatsza w ważną wiedzę. O poronieniach, które wciąż są spychane gdzieś na bok — zupełnie, jakby były czymś niecodziennym. To temat tabu, o którym mówi się za mało, a kobietom nie udziela się niezbędnej pomocy – często tej psychologicznej. Tymczasem wiele kobiet tego doświadcza, niektóre nawet o tym nie wiedzą — myślą, że oto jest spóźniona miesiączka. Te, które wiedzą często zupełnie niepotrzebnie obwiniają się o to, co się stało. Dostają „dobre rady”, które tylko niepotrzebnie dołują. Dyskusje tutaj do niczego nie prowadzą — ludzie i tak będą wiedzieć swoje, a my stracimy niepotrzebnie czas na płakanie po kątach.

Inni potrafią raczyć niewybrednymi komentarzami. Martyna opowiedziała o tym wszystkim jednemu z jej profesorów. Popatrzył na mnie jak na zmarnowaną karierę w czystej postaci. Parę tygodni po tym, jak poroniłam, powiedział mi wprost, że mi współczuje i że nie ma pretensji, że tak się stało. Ma pretensje, że w ogóle zaszłam w ciążę. Takie sytuacje też się niestety zdarzają, żałowałam, że nie mam w sobie na tyle siły, żeby dać mu w twarz. Z kolei szef w pracy bez ogródek spytał, czy poroniła. O przedłużeniu umowy chciał rozmawiać dopiero wtedy, kiedy wszystko sobie poukłada.

Martyna wspomniała mi też o obwinianiu siebie. Ale obwiniała także Boga — jest osobą wierzącą, naturalne było zadanie pytania Dlaczego Bóg mi to zrobił? Obawiała się o kwestię zbawienia dziecka, szukała oparcia w religii. Dla osób wierzących może być coś, co pomoże uleczyć ducha.

I, oczywiście, nic nie zastąpi wizyty u lekarza. Istnieje wielu specjalistów, którzy pomagają, leczą i działają skutecznie. Skutecznie, czyli tak, by kobieta w końcu urodziła dziecko. Często konieczne są dodatkowe badania, zmiana stylu życia, a czasem… czas.

Bo czas leczy rany. Pozwala przepracować trudności. Nie tylko kobiecie, ale i jej mężowi, który w środku czuje ogromny ból i bezradność. Ich rodzinom — dopiero co pełnym radości. To wszystko, choć trudne, zbliża i umacnia małżeństwa oraz więzi rodzinne.

***

Dziś Martyna chce skończyć studia i przygotować swój organizm na ciążę. Chce też przygotować samą siebie na kolejną próbę. Czeka na wyniki badań. W jednym z pierwszych maili napisała mi piękne, jedne z najbardziej wzruszających słów, jakie kiedykolwiek przeczytałam.

Dziś jestem mamą dwójki.

02 comments
  • Niezwykle poruszająca i trudna historia. Dla mnie, kobiety, która nie jest jeszcze mamą, dotyka ona nie do końca nazwanych uczuć. Podziwiam siłę Martyny, jej małżonka oraz rodziny. Do tego, aby żyć dalej. W takich chwilach człowiek zadaje sobie pytanie, czy on też dałby radę, co on by zrobił na miejscu tej rodziny?
    Mogę spróbować sobie wyobrazić, jak ciężkie są to moment w życiu. Jak zmieniają się priorytety, rozwija świadomość i miłość poprzez skomplikowane oraz niezrozumiałe doświadczenia A przecież tak łatwo się poddać.
    To ważne, aby o tym mówić. Tak czuję.

    • Piękny komentarz! Ja też nie do końca znam te uczucia, choć gdzieś w środku czuję, co mogłabym poczuć – i to jest straszne. Ale ta siła, którą kobieta potrafi w sobie znaleźć i chęć dalszej walki jest cudowna. Na pewno im się uda!