Codzienność,

I tak codziennie… Dlaczego codzienność może być piękna?

Kolejne moje dni są do siebie bardzo podobne. Wspominałam już o tym w
poprzednich wpisach i od tej pory nadal nic się nie zmieniło. Wiem
jednak, że dotyczy to każdego z nas, bo każdy z nas tkwi w mniej lub bardziej zależnym
od siebie rytmie życia pracy, szkoły, domu, rozrywek i snu. Kiedy
przeglądam różne treści w sieci, czasem trafiam na profile osób, których
dni przepełnione są wrażeniami, mnóstwem wrażeń. Trochę im zazdroszczę,
a potem przypominam sobie, że bardzo lubię rutynę, spokój i porządek
mojego życia, okazjonalnie przetykanego (nie)spodziewanymi atrakcjami.

Wstaję rano. Zwykle to ósma lub dziewiąta, bo o tej godzinie budzi mnie Feli utulony do snu przez wychodzącego do pracy Małżona. Feli wstaje dużo wcześniej z moim mężem, bawią się i zajmują
swoimi sprawami, dzięki czemu mogę się wyspać. Kiedy zostajemy sami,
bawimy się, czytamy książeczki, jemy pyszności. Potem Felo idzie na drzemę, a ja z nim. Po drzemce cała zabawa zaczyna się od nowa aż po kolejne zmęczenie. I tak aż do powrotu Małżona z pracy. Wtedy siadamy wszyscy, pijemy kawę (a niektórzy jeszcze wciąż mleko ;-),
rozmawiamy, opowiadamy sobie o części dnia, której nie spędziliśmy w
komplecie. Jemy obiad, znowu bawimy się z Felem, kąpiemy gościa i
kładziemy go spać. Dziecko śpi, a my robimy mnóstwo innych rzeczy.
Wyciągamy z pralki pranie, zmywamy naczynia, ścieramy kurze. Klikamy
przed komputerami, czasem czytamy książki, pijemy herbatę. Spędzamy czas
razem na rozmowach albo oglądaniu czegoś, co aktualnie nas interesuje. A
potem łapie nas północ.

I tak codziennie.

Mogłabym zwariować, gdybym nie zaakceptowała tej codzienności i gdybym się z nią nie polubiła.
Pomaga
mi w tym znalezienie rzeczy, momentów, aktywności, które sprawiają, że
każdy dzień mimo wszystko się od siebie różni. To dzięki temu kładę się
spać bez poczucia, że zmarnowałam dzień. I z poczuciem, że jutro nie
czeka mnie nuda.
Moją metodą na zrozumienie tego wszystkiego była
zamiana myślenia o rutynie jako czymś złym. Ta rutyna nazywana jest
przeze mnie w niektórych przypadkach dziennym rytuałem. Rytuał picia
porannej kawy, rytuał popołudniowego czasu spędzanego we troje, rytuał
długiego, wieczornego prysznica. To rzeczy, które często robimy ot tak,
jako normalne, zwyczajne, może nudne. Uwierzcie mi jednak, że dla osoby,
która większość czasu spędza w domu, takie rzeczy są niezwykle istotne.

Wiem, że w czasach ładnych obrazków (o które zresztą sama się staram!), blogów i wyidealizowanej rzeczywistości, trudno zrozumieć, że tak naprawdę my wszyscy za kulisami instagrama
mamy brudne talerze i zwykłe kanapki z serem zamiast pięknych dań z restauracji. Wszystkie pary się kłócą, wszystkim nam brudzą się buty. Każda kobieta, gdy zawieje wiatr, zamienia się w rozczochraną miotełkę. Wszystkie dziewczyny biegają po domu w legginsach i bez makijażu, a ze śmieciami wychodzimy w płaszczu założonym do adidasów. I myślę, że łatwo wpaść w pułapkę
myślenia, że wszyscy, tylko nie ja. Tymczasem warto się do tego nieco
zdystansować i traktować ładne zdjęcia jako… ładne zdjęcia. Realne,
codzienne życie jest gdzie indziej.

I wcale nie uważam, że realne życie oznacza tylko górę prania. Ta góra to po prostu coś, co musimy zrobić (i tak w kółko 😉
i zająć się tym, co lubimy. Dla mnie, w mojej codzienności, to czas,
kiedy jemy wspólny posiłek albo w weekend pijemy kawę w łóżku. Czas,
kiedy mogę powyklejać albumy ze zdjęciami, poobrabiać zdjęcia, napisać
nowy wpis na bloga. To też czas wyczekanego wyjazdu w podróż.
Albo wieczorem, jak codziennie, tuż przed pójściem spać, usłyszeć spokojne dobranoc. Wiecie, dla takiej codzienności naprawdę warto być trochę oczywistym…

01 comment
  • Kiczix

    Rutyna nie musi być zła. Czasem też wydaje mi się, że każdy mój dzień wygląda tak samo, czasem zasypiam z poczuciem, że zmarnowałam dzień. Ale jeśli zadam sobie pytanie, czy ta rutyna mi przeszkadza – odpowiadam, że nie i to jest w rutynie piękne.